Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

Ukarana bezbożność. O zapadniętym kościele na Buczu

Autor wpisu: Dagmara Oleksy
Data publikacji: 02.09.2011

W niewielkiej wsi Górki Wielkie na Śląsku Cieszyńskim jest wzgórze zwane Buczem. Dawniej gęsty bukowy lat porastał jego łagodne zbocza. Dziś drzewa pokrywają jedynie południowe i zachodnie stoki, natomiast po północnej stronie, obok istniejących od lat gospodarstw i domostw rodowitych mieszkańców, wyrosło duże osiedle domków jednorodzinnych. Ciekawe, ilu spośród tam mieszkających, zna upiorną legendę związaną ze wzgórzem. A było to tak...

Dawno temu na Buczu wybudowano okazały wioskowy kościół. Okoliczny lud schodził się ochotnie na msze i nabożeństwa, prosząc Boga o błogosławieństwo i obfite plony, dziękując za bogate zbiory, polecając wszelkie osobiste intencje. Kościół górował nad wioską dumną ze swojej świątyni. Lecz jak to często w życiu bywa, lepsze czasy i dobrobyt sprawiły, że parafianie zaczęli odsuwać się od praktyk religijnych. Doszło nawet do tego, że w Dzień Zaduszny wieśniacy zamiast o modlitwach za zmarłych myśleli raczej o potańcówkach i zabawie. Na nic zdawały się dyskretne znaki, które Stwórca dawał swojemu ludowi – a to grad poobijał plony, a to ziemniaki zostały porażone nieznaną chorobą, a to krowy nie chciały dawać mleka. Upływały miesiące i lata, a lud coraz częściej krytykował przykazania, wręcz się z nich naigrywał. Wreszcie wyczerpała się Boża cierpliwość i na wioskę spadła straszna, ale zasłużona kara. Otwarła się ogromna otchłań i ze straszliwym hukiem kościół wraz z całym siołem zapadł się w czeluście. Wszystko trwało mgnienie oka i już po chwili na ziemi nie pozostał żaden ślad dramatu. Próżno byłoby szukać najmniejszego nawet zagłębienia. Jedynie bukowy las szumiał jakoś złowrogo.

Minęło wiele lat i jak wiatr przegania ciemne chmury, tak rozwiała się pamięć o kościele i mieszkańcach Bucza. W dolince zbudowano osadę, zaorano ugory, obsiano je zbożem, krowy wyszły na pastwiska i niby rozwijające się wiosną pąki życie z wolna zaczęło wracać na te tereny. Niedaleko rzeki, na niewielkim wzniesieniu, w lipowym zagajniku wybudowano nowy kościół. Lud żył spokojnie i zgodnie, nieświadom tragedii, która rozegrała się tu przed wiekami.

Przyszła jesień. Szare, ciężkie i wilgotne mgły coraz częściej oplatały okoliczne wzgórza. Słońce przez wiele dni nie potrafiło przebić się przez nisko wiszące chmury. Wiele znaków w przyrodzie wskazywało, że zima będzie sroga i długa, więc kto żyw przygotowywał zapasy drewna i wszelkich możliwych produktów. Pewnego dnia młoda dziewczyna zapuściła się na Bucze, by nagrabić suchych liści na podściółkę. Gdy praca była prawie skończona i zgarniała ostatnią stertę liści, usłyszała, że grabie zahaczyły o coś metalowego. Przyklękła, rozgarnęła liście i ku swemu zdumieniu ujrzała wystający z podłoża wierzchołek krzyża. Z wnętrza ziemi zaś dał się słyszeć przytłumiony odgłos dzwonów i chór głosów.

Przerażona dziewczyna pędem wróciła do wioski i opowiedziała sąsiadom o całym zdarzeniu. Ludzie z początku nie chcieli jej wierzyć, sądząc, że dziewczęciu coś się przesłyszało. Jednak pod wieczór dwóch młodzieńców trawionych ciekawością postanowiło przekonać się, czy opowieść jest prawdziwa. Nie bez trudu, ale w końcu odnaleźli krzyż przysypany liśćmi. Łopatami zabranymi z wioski zaczęli rozkopywać ziemię. Po niedługim czasie ich oczom ukazał się wierzch miedzianej kopuły kościoła. Uderzeniami kilofa rozpruli blachę i ujrzeli czarną otchłań wnętrza kościelnej wieży. Z zapalonymi pochodniami spuścili się do otworu, przeszli obok nieruchomych dzwonów i po schodkach zeszli do nawy świątyni. Było tu wilgotno i strasznie. Niby pusto, a jednak młodzieńcy mieli wrażenie, że nie są sami.

Nagle zabiły dzwony. Gdzieś w bocznych drzwiach ukazał się garbaty człowiek ubrany w szaty kościelnego i, nie zważając na nikogo, zaczął zapalać świece. Po chwili ze ścian zaczęli wychodzić ludzie, przerażająco bladzi, ubrani na czarno. Gdy zasiedli w ławkach, zjawił się wychudzony ksiądz w zbutwiałym ornacie. Rozpoczęło się nabożeństwo. Ksiądz odmawiał modlitwy, lud przy jęczącym dźwięku organów śpiewał jakąś pokutną pieśń w dziwnym języku, którego śmiałkowie żadnym sposobem nie mogli zrozumieć. Zresztą byli tak przerażeni, że nie potrafili wykonać najmniejszego ruchu. Kiedy przyszedł czas kazania, ksiądz wszedł na ambonę, skierował puste spojrzenie na młodzieńców i donośnym, choć nienaturalnie brzmiącym głosem przemówił: „Dlaczego weszliście do naszego świata? Dlaczego zakłócacie nam spokój? My tu od wieków pokutujemy za nasze okropne występki”. I opowiedział historię sioła i kościoła. Na końcu głosem pełnym złości znów zwrócił się wprost do przybyłych: „Nie ważcie się tu więcej zaglądać! Bo przyjdzie i na was kiedyś kolej, ciekawskie plemię! Prosimy, dajcie nam spokój!”

Nagle wszystko zawirowało, zadrżało i jakaś ogromna nieludzka siła wyrzuciła intruzów ze świątyni z powrotem na szczyt Bucza. Kościół zapadł się jeszcze głębiej i ziemia zamknęła się nad nim. Śmiałkowie jak sparaliżowani, posiwiali ze strachu leżeli jeszcze jakiś czas na mchu. Dopiero gdy zaczęło świtać, popędzili do wsi. Mijali sąsiadów, lecz nikt ich nie rozpoznał. Nawet najbliżsi nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Dopiero po jakimś czasie rozpoznali w nich chłopców, którzy poprzedniego wieczoru postanowili pójść na Bucze. Młodzieńcy niezwłocznie opowiedzieli o tym, co ich spotkało w lesie. Wieść o zapadniętym kościele rozeszła się po okolicy lotem błyskawicy. Ludzie żegnali się, słysząc tę straszną historię. Surowo przykazywali dzieciom, by za żadne skarby świata nie chodziły do bukowego lasu. A niejeden grzesznik nawrócił się na drogę prawości.

Dziś las na Buczu zachęca do spacerów. Trudno się tu zgubić, gdyż w którąkolwiek stronę byśmy poszli, po kilku minutach tak czy inaczej dojdziemy do zabudowań. A czy gdzieś głęboko pod ziemią znajduje się stary kościół? Któż to wie? Być może kiedyś jakiś przypadkowy przechodzień znów natknie się na wystający z mchu kawałek krzyża. Być może, przykładając ucho do ziemi, usłyszy odległy dźwięk dzwonów i przytłumiony śpiew. Jeśli tak się stanie, lepiej zostawić to miejsce w spokoju, tak jak życzyli sobie tego pokutujący mieszkańcy zapadniętego sioła.

Źródło:

Walenty Krząszcz, Księga życia. Dzieła wybrane, Międzyrzecze 2010.

Metryczka:

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,3 (głosów: 1479)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Powiązane lokalizacje

Galeria

Ukarana bezbożność. O zapadniętym kościele na Buczu
Ukarana bezbożność. O zapadniętym kościele na Buczu
Ukarana bezbożność. O zapadniętym kościele na Buczu
Ukarana bezbożność. O zapadniętym kościele na Buczu
Ukarana bezbożność. O zapadniętym kościele na Buczu
Ukarana bezbożność. O zapadniętym kościele na Buczu
Ukarana bezbożność. O zapadniętym kościele na Buczu

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter