Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

Legenda o kawęczyńskiej jaskini

Autor wpisu: Efraim Farber, oprac. Emilia Chomowa
Data publikacji: 18.10.2011

Zimą całe miasteczko pokrywa śniegowa pierzyna. Niedaleko mostu na Wieprzu stoi stary dom chasydów radzyńskich – drewniany, z podziurawionym dachem gontów. Niektóre okna są pochylone, zagłębione w ziemię ze starości. Teraz, zimą, dom wygląda świątecznie, okryty białym kitlem. Przez małe, wykrzywione okna błyszczą w porannej mgle nikłe płomienie dopalających się świec. Po miasteczku roznosi się głos odmawiających spóźnioną modlitwę.

Przeminęłaby ta zima w Szczebrzeszynie jak wszystkie inne zimy, gdyby do miasteczka nie zawędrował bezdomny włóczęga, zbierający jałmużnę. Podając się za radzyńskiego chasyda, ulokował się w radzyńskim domu za piecem. Powiedział, że słyszał o kawęczyńskiej jaskini, przez którą prowadzi droga do ziemi obiecanej i że on chce tędy właśnie pójść.

Usłyszawszy to, wszyscy zainteresowali się wędrowcem. Każdy chciał, żeby ten wyjątkowy gość siedział przy jego stole i jadł jego potrawy. Wyjątkowy gość, Żyd, który gotów był wejść do kawęczyńskiej jaskini! A jeśli będzie miał szczęście i dojdzie tą jaskinią do ziemi obiecanej? Dech zapierało na samą myśl, że mógłby osiągnąć ten cel, że wyzwolenie bliskie, a droga wiedzie wprost z Kawęczyna do szczęśliwego celu!

Każdemu Żydowi na wygnaniu tęsknota za tym kąsała serce. Uczniowie chaderu (szkoły żydowskiej) podsłuchiwali rozmowy starszych ludzi i to, co słyszeli, upiększali w swej dziecinnej wyobraźni. W fantazji widzieli jaskinię pełną żmij i niedobrych zjaw.

Wśród mieszkańców Kawęczyna powtarzano wiele legend o tej jaskini. Okoliczna ludność opowiadała, że w dzień Bożego Ciała i w inne chrześcijańskie święta słychać tu tajemnicze dzwonienie.

Nad jaskinią rósł las. Ludzie mówili, że na korze drzew wyryto słowa ksiąg Talmudu, które Żydzi spisali w niewoli. W jaskiniach Kawęczyna znaleźli schronienie po przymusowym wysiedleniu z Niemiec – nie mieli śmiałości osiedlać się w miastach. Prawdopodobnie większość szczebrzeskich Żydów pochodziła od owych prześladowanych wygnańców. We mgle legend była ukryta kawęczyńska jaskinia, do której chciał zejść chasyd, by dostać się do ziemi obiecanej.

W zimowy poranek gość sposobił się do drogi. Obuł buty z podwójnymi onucami. Zewnętrzną stronę butów owinął słomą, a potem oblał wodą, aż zamarznięta słoma odgrodziła go od mrozu. Nałożył na głowę kuczmę (czapkę), którą zaciągnął na uszy. Nos zatkał watą, żeby nie tracić ciepła. Na chasydzki chałat włożył chłopski kożuch z owczej skóry i zaciągnął mocno sobotni gartel (sznur do stroju modlitewnego).

To wielka chwila! Idą odkryć drogę do kraju przodków! Ma się rozumieć, wypili na „Lechami” („na zdrowie”). Posłaniec pożegnał się z pozostającymi, inni towarzyszyli mu aż do samej jamy. Zaprzęgli do wozu konie. Masa Żydów i chmara dzieci biegła za wozem, żegnając wyjątkowego gościa.

Szczebrzescy chrześcijanie, patrząc na to zamieszanie przed odjazdem, nie rozumieli, co to za wesołość u Żydów. Może odprowadzają rabina lub wysłannika, który idzie na spotkanie mesjasza? Szczebrzeszynianie nieraz widzieli, jak Żydzi przyjmują cadyka, świątobliwego męża, rozpoznawali go po sobolowej czapce. Teraz nie rozumieli, co się dzieje.

Po wzajemnej wymianie pozdrowień, ruszyli z miejsca. Odprowadzający szli za wozem duży kawał drogi za miasto, aż do młyna. Wóz oddalał się coraz bardziej, jechał drogą do Błonia, wreszcie zginął im z oczu między gęstymi sadami wioski.

Miasteczko wstrzymało oddech, czekając na dobre wieści, które powinny wkrótce przyjść. Powrócili już ci, którzy towarzyszyli posłańcowi i pomogli mu zejść do jaskini.

Tymczasem mijały dni i tygodnie, a żadnej wiadomości nie było. Wszyscy rozmawiali o wydarzeniu, ale jeden nie patrzył drugiemu w oczy, jakby został oślepiony blaskiem słońca. Zgodnie z wszelkimi obliczeniami, Żyd powinien był już wrócić z ziemi obiecanej i powiedzieć: „Żydzi, pakujcie rzeczy i w drogę”.

Mieszkańcy Kawęczyna przynieśli złe wiadomości do Szczebrzeszyna. Widzieli błądzącego żebraka Żyda niedaleko wsi, w górach zasypanych śniegiem.

A posłaniec jeszcze nie wrócił. W Szczebrzeszynie zapomnieli o całej historii.

Nieoczekiwanie przy porannej modlitwie otworzyły się raptownie drzwi radzyńskiego domu i zjawił się posłaniec. Jego zmęczony wygląd wprowadził wszystkich w zmieszanie. Miał szmaty na nogach, cały był brany w porwaną odzież. Z wielkiego zdziwienia żaden z obecnych nie mógł ust otworzyć, wszyscy zaniemówili. Jakby utracili języki. Obstąpili go.

Załamującym się głosem posłaniec opowiadał, że spotkał go prorok Eliasz i popatrzył na niego łaskawie, podał mu rękę, pozdrowił: „Szalom, alejkum” („Pokój z tobą”). Potem prorok Eliasz bardzo się rozłościł:

– Jak może Żyd zdecydować, żeby przyspieszyć wyzwolenie przed czasem. Idź i powiedz kahałowi Szczebrzeszyna, że jeszcze nie przyszedł czas wyzwolenia.

Powtórzywszy słowa proroka, posłaniec usiadł na ławce, twarz ukrył w dłoniach. Wtenczas zobaczyli jego podziurawiony chałat, spuchnięte nogi oblepione błotem. Głośno krzyknął:

– Idźcie do domu, Żydzi! Tymczasem wyzwolenie zostało odłożone, ale jeszcze za naszych dni będziemy w Izraelu w ziemi obiecanej.

Całą tę historię słyszałem w naszym miasteczku, będąc uczniem chaderu.

Źródło:

Wpis przygotowano na podstawie publikacji Szczebrzeszyn w legendzie, zebrał Zygmunt Krasny, Szczebrzeszyn 2009.

Metryczka:

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,3 (głosów: 1386)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter