Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

Nasi przedwojenni olimpijczycy i ich zawiłe losy

Autor wpisu: Robert Gawkowski
Data publikacji: 21.10.2011
Okres historyczny: 20-lecie międzywojenne 1918-1939

W zimowych igrzyskach olimpijskich uczestniczyliśmy od samego początku, czyli od 1924 roku i, mimo że nieraz stanowiliśmy całkiem liczną ekipę (ponad 50 osób), to medali nie zdobywaliśmy. Do tej pory udało nam się wywalczyć 14 medali w tym dwa złote.

Mimo to wielu polskich olimpijczyków na trwałe przeszło do historii. Powód stanowiły ich niebanalne życiorysy.

Naszym pierwszym zimowym olimpijczykiem był Leon Jucewicz. Wystartował w łyżwiarstwie w 1924 roku podczas Tygodnia Sportów Zimowych w Chamonix. Najciekawsze jest to, że Jucewicz o tym, że jest tym pierwszym polskim olimpijczykiem, dowiedział się dopiero rok później. Dopiero po roku bowiem Międzynarodowy Komitet Olimpijski uznał zawody w Chamonix za pierwsze zimowe igrzyska olimpijskie.

Wyjazd Jucewicza do Francji wywołał sporą krytykę w ówczesnej prasie sportowej. Tak się bowiem złożyło, że w Polsce za lepszego łyżwiarza uznawano sławnego Wacława Kuchara. To Kuchar zdobył mistrzostwo kraju, podczas gdy Jucewicz był dopiero drugi. Polski Komitet Olimpijski dał szansę jednak młodszemu o 5 lat Jucewiczowi i chyba na jego występie się nie zawiódł. W Chamonix zajął, jak pisano, zaszczytne ósme miejsce w wieloboju łyżwiarskim. Po igrzyskach Jucewicz w kraju długo miejsca nie zagrzał. Latem wyjechał do Brazylii i tam już został do końca życia. Nadal interesował się sportem, zwłaszcza tenisem ziemnym, i mało kto wie, że miał niezwykły talent trenerski – wychował 23 tenisowych mistrzów Brazylii, a jeden z jego podopiecznych został mistrzem świata juniorów. Do końca życia Jucewicz podkreślał swą polskość – zakładał polskie kluby sportowe, wspomagał Polski Fundusz Olimpijski. Zmarł w 1983 roku.

W pierwszych zimowych igrzyskach olimpijskich w 1924 roku, startowało jedynie 4 naszych reprezentantów, ale 4 lata później w St. Moritz było ich już 27. Jedynym zawodnikiem Polski, który startował w obu pierwszych olimpiadach, był narciarz Andrzej Krzeptowski I. Być może właśnie dlatego został chorążym polskiej drużyny. Naszego chorążego z 1928 roku rzadko się jednak wspomina i to wcale nie ze względu na kiepskie wyniki.

Gdy przyszedł czas okupacji hitlerowskiej Krzeptowski I podpisał akces do „goralenvolk”. Był renegatem i czerpał z tego korzyści finansowe. AK wydała na niego wyrok śmierci, ale nie zdążyła go wykonać. Zimą 1945 roku do Zakopanego wkroczyli sowieci. Nasz olimpijczyk po aresztowaniu przez NKWD zażył truciznę i zmarł.

Wśród olimpijczyków z St. Moritz znajdował się też inny narciarz o tym samym imieniu i nazwisku. Krzeptowskiego II (dla odróżnienia po nazwisku podaje się cyfrę) nieraz spotykały nieprzyjemności z powodu fatalnego życiorysu jego, tak samo nazywającego się, kuzyna. Uściślijmy, że Krzeptowski II był żołnierzem WP i dostał się w kampanii wrześniowej do niewoli, w której siedział około roku. Starsi turyści pamiętają go jako powojennego gospodarza schronisk tatrzańskich (w Dolinie Pięciu Stawów i Roztoki). Był przemiłym człowiekiem i znakomitym gawędziarzem. Zmarł w 1981 roku.

Podczas igrzysk w 1928 roku Polacy bardzo liczyli na występ drużyny hokejowej. W Polsce hokej na lodzie był dyscypliną nową, przed pierwszą wojną światową niemal nieznaną. Z powodu braku sztucznych lodowisk grano na zamarzniętych stawach czy zakolach rzek, co czasem bywało niebezpieczne. Nie przeszkodziło to w popularności tej dyscypliny – w samej Warszawie w latach 30. działało aż 10–12 klubów.

Liderem reprezentacji Polski był Tadeusz „Ralf” Adamowski, który gry nauczył się w Stanach Zjednoczonych, gdzie na Harwardzie kończył studia. Adamowski był kuzynem Ignacego Paderewskiego i zrobił tyle dla polskiego hokeja, ile jego wujek dla polskiej polityki. Gdy w 1923 roku powrócił do ojczyzny, przywiózł ze sobą nowoczesne łyżwy, stroje i kije, a także reguły gry w hokeja. Umiejętności i nauka Adamowskiego nie na wiele się zdały. W igrzyskach olimpijskich w 1928 roku hokeiści odpadli po dwóch meczach eliminacyjnych, choć podobno zostawili po sobie dobre wrażenie.

Najwyższe miejsce hokeiści zajęli na następnych zimowych igrzyskach, w Lake Placid w 1932 roku – byli tuż za podium, bo na czwartym miejscu. Tyle tylko, że w tych igrzyskach uczestniczyły… 4 zespoły hokejowe. Trenerem, kierownikiem i rezerwowym bramkarzem naszej reprezentacji był Tadeusz Sachs.

Rok potem Sachs był trenerem innej drużyny – żydowskiej reprezentacji z Polski występującej na „Makabiadzie”. „Makabiada”, czyli spartakiada Żydów z całego świata, w 1933 roku odbyła się w Zakopanem, a Sachs znów występował na niej w potrójnej roli: jako kierownik drużyny polskich Żydów, ich trener i współgospodarz całej imprezy. Tadeusz Sachs nie uczestniczył w kolejnych igrzyskach olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen w 1936 roku, a jednym z powodów nie była niechęć do nazistowskiego państwa.

Na tych igrzyskach, zdominowanych przez hitlerowską propagandę, Polskę reprezentował narciarz Wilhelm Weinschenck. Podobieństw między Sachsem, a Weinschenckiem było kilka. Obaj byli polskimi olimpijczykami, choć nie pochodzili z kraju nad Wisłą. Obaj nie przeżyli wojny, choć śmierć unicestwiła ich w zupełnie różnych miejscach. Sachs zginął w getcie łódzkim, a Weinschenck jako żołnierz niemiecki na froncie wschodnim. Tu jednak uwaga. Według publicysty Bogdana Tuszyńskiego Weinschenck podobno przeżył wojnę, odnalazł się w Brazylii i zmarł tam w latach 80.

W II Rzeczpospolitej z pewnością największy sukces osiągnął Stanisław Marusarz, zakopiańczyk popularnie zwany „Dziadkiem”. Po raz pierwszy był na igrzyskach olimpijskich w 1932 roku. Jeszcze wtedy nie wypadł tam dobrze, ale już w 1936 roku w Garmisch-Partenkirchen skoczył znakomicie (73 i 75,5 m) i zajął piąte miejsce. W 1938 roku zdobył wicemistrzostwo świata w skokach, co było największym triumfem przedwojennego polskiego narciarstwa. Po wojnie jeszcze dwukrotnie jeździł na igrzyska, choć sukcesu z mistrzostw świata w 1938 roku nigdy nie powtórzył.

Sam Marusarz swój najważniejszy skok życia oddał nie na olimpiadzie i wcale nie na skoczni. W 1940 roku miał zostać rozstrzelany przez hitlerowców, ale zdołał umknąć z celi śmierci w więzieniu krakowskim na Montelupich. Wyskakując z okna na drugim piętrze, musiał popisać się nie lada zręcznością. I to był ten najważniejszy skok, skok nie na medal, ale za cenę życia.

Do hitlerowskiego więzienia Stanisław Marusarz trafił za to, że był kurierem i przez Tatry z okupowanego kraju przeprowadzał ludzi zagrożonych aresztowaniem. Trzeba przypomnieć, że w ruchu oporu działali inni olimpijczycy: Andrzej Marusarz (olimpijczyk z lat 1932 i 1936), Bronisław Czech (z lat 1928, 1932, 1936), Stanisław Motyka (1928) i Aleksander Rozmus (1928). Ten ostatni w latach 1940–44 przebywał we Francji i przeprowadzał partyzantów przez alpejskie stoki do Szwajcarii. Po wojnie we Francji pozostał i tam też zmarł w 1986 roku.

Andrzej Marusarz, po pełnym przygód przedarciu się w 1940 roku przez Tatry do Budapesztu i dalej do Paryża, wstąpił do Wojska Polskiego. On – stuprocentowy góral – pełnił służbę w marynarce wojennej. Po wojnie krótko jeszcze pływał po morzach i oceanach na statkach handlowych, po czym wrócił do swoich gór. Zmarł w Krakowie w 1968 roku.

Z wodą nie był tak zaprzyjaźniony zakopiańczyk Stanisław Motyka. Dwa lata po igrzyskach w 1928 roku zdawał na CIWF (dzisiejszy AWF) i oblał egzamin sprawnościowy z pływania. Miał awersję do wody i ta niechęć nie była całkiem irracjonalna. Po przedostaniu się na Węgry w 1940 roku utopił się podczas kąpieli w Dunaju.

Do legendy przeszedł inny narciarz, trzykrotny olimpijczyk Bronisław Czech. Należał do najlepszych zawodników II RP i uchodził za wzór sportowca gentelmana. Miał upodobania artystyczne – malował i rzeźbił. Ostatnie jego prace powstały w obozie w Oświęcimiu, gdzie trafił po aresztowaniu przez gestapo w 1940 roku. Zmarł tam cztery lata później.

Polscy przedwojenni olimpijczycy po wojnie zazwyczaj już nie wracali do czynnego uprawiania sportu. Jednym z wyjątków był opisywany wyżej Stanisław Marusarz. Był na igrzyskach w 1948 i 1952 roku. Po raz ostatni skakał na igrzyskach olimpijskich w 1956 roku, ale nie jako zawodnik, tylko jako przedskoczek. I tak było to sensacją, bo „Dziadek” miał wówczas 43 lata. Na tych właśnie igrzyskach w Cortinie d’Ampezzo Polska zdobyła wreszcie pierwszy swój medal, a sprawcą tego sukcesu był Franciszek Groń-Gąsienica. No ale to już zupełnie inna historia.

 

Źródło:

Tekst umieszczony dzięki uprzejmości Muzeum Historii Polski: http://www.muzhp.pl/artykuly/340/nasi-przedwojenni-olimpijczycy-i-ich-zawile-losy.

Metryczka:

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,3 (głosów: 1493)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Powiązane lokalizacje

Galeria

Nasi przedwojenni olimpijczycy i ich zawiłe losy

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter