Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

Maciej Słomczyński. Tłumacząc życie

Autor wpisu: Andrzej
Data publikacji: 24.01.2012

Jako jedyny na świecie przełożył całego Szekspira. Przez 11 lat pracował nad Ulissesem. A w międzyczasie pisał kryminały pod pseudonimem Joe Alex. To tylko niektóre z dokonań Macieja Słomczyńskiego.

Przekład wszystkich dramatów Szekspira – wydaje się, że to karkołomne zadanie na wiele lat, benedyktyńska praca, językowa dłubanina z pewnością wymagająca metodycznego i skrupulatnego podejścia.

Do tej pracy Słomczyńskiego namówił Konrad Swinarski, który najpierw wystawił Wszystko dobre, co się dobrze kończy w jego przekładzie, a potem zamówił tłumaczenie Hamleta. Słomczyński przygotowywał sobie tabele z poszczególnymi komórkami pomalowanymi na różne kolory. Rząd oznaczał jeden dzień pracy. Obok daty wstawiał liczbę przetłumaczonych stron. Kolejna kolumna to liczba stron, które jeszcze zostały do przetłumaczenia. Następna – jaki procent całości został już zrobiony, dalej – ile procent zostało. Wiersze wykonane i wiersze do zrobienia również policzone. Na koniec średnia dzienna. I podsumowanie, na przykład: „Robiłem to 17 dni”.

Tak skrupulatnie Słomczyński kontrolował swoje postępy. Pracował jak maszyna. Makbet – 17 dni, Romeo i Julia – 21 dni. Pozostałe dramaty w podobnym tempie. Jaka była jakość przekładów powstających z taką szybkością? Opinie są różne. Jedni byli zachwyceni, wskazywali na ogromną językową wrażliwość i matematyczną wierność wobec mistrza ze Stradfordu (Słomczyński rezygnował nawet z utrwalonych w tradycji fraz i tytułów, by lepiej oddać ducha utworów). Inni nie zostawiali na nich suchej nitki, oskarżali Słomczyńskiego o brak znajomości realiów XVI-wiecznej Anglii, słabe zrozumienie Szekspirowskiej angielszczyzny i toporną polszczyznę (wynikającą często z rezygnacji z utartych fraz i tytułów). Ale warto też pamiętać, że Słomczyński przywrócił do sztuk Szekspira obsceniczne wyrażenia i wulgaryzmy, które wcześniej zastępowano eufemizmami.

Dla odmiany nad Ulissesem Jamesa Joyce’a tłumacz pracował 11 lat. Dłużej niż powstawał oryginał. Słomczyński przełożył też między innymi Chaucera, Miltona, Stevensona, Faulknera i Lewisa Carrolla. Mierzył się z nieprzetłumaczalnym Finnegans Wake Joyce’a, ale nie dał rady.

Każdy rok pracy znajdował swoje podsumowanie w odpowiedniej tabeli. Na zielono Słomczyński oznaczał swoje przekłady z angielskiego na polski, na czerwono – sztuki wystawione na podstawie jego tekstów, na żółto – własne dzieła przetłumaczone na inne języki.

Maciej Słomczyński urodził się w 1922 roku (albo w 1920, to wcale nie takie oczywiste), w Warszawie przy ulicy Wareckiej. Dzieciństwo spędził w podwarszawskim Milanówku. Jego matka pochodziła z Anglii. Biologicznym ojcem był prawdopodobnie Amerykanin Merian C. Cooper, jako ochotnik wziął on udział w wojnie polsko-bolszewickiej. A później zrobił karierę jako filmowiec, był twórcą między innymi King Konga. W 1952 roku został uhonorowany Oscarem za całokształt twórczości. Ale czy Cooper na pewno był ojcem Słomczyńskiego? Kwestionował to starszy brat Wojciech. Uważał, że matka ujawniła ten fakt w czasie drugiej wojny światowej, by zapewnić Maciejowi lepszy byt na Zachodzie.

Było to po ucieczce z Pawiaka, w którym Słomczyński został osadzony w 1944 roku. Po trzech latach emigracji tłumacz wrócił do Polski. W latach 50. na miejsce życia wybrał Kraków. Ze względu na pochodzenie interesowały się nim służby bezpieczeństwa PRL. Ale zazwyczaj agentów udawało mu się zbyć mało przydatnymi informacjami w stylu: „Poeta Przyboś podczas zwiedzania Nowej Huty notował dane liczbowe. Ponieważ nie jest on poetą realistycznym, nie są mu one do niczego potrzebne”.

Był samotnikiem. Rzadko wychodził z domu. Jego świat tworzyły duży stół i maszyna do pisania Olivetti. I oczywiście półka za słownikami i encyklopediami. A nieodłącznym atrybutem była fajka. Często pracował w nocy, do świtu. Kładł się spać, gdy domownicy wstawali. Porozumiewali się za pomocą karteczek. Rzeczy ważne zawsze pisał ręcznie, te mniej ważne – na maszynie. Ale wszystko przerywał w czasie olimpiady czy mistrzostw świata i zasiadał przed telewizorem – dla dobrego sportu był gotów przerwać każdą pracę.

A pisał… kryminały. Publikował je pod pseudonimem Joe Alex. To było jego „drugie życie literackie”. W powieści Cichym ścigałam go lotem (tytuł zaczerpnięty z Eumenid Ajschylosa) zawarł takie stwierdzenie: „Tragedii część pierwsza polega na tym, że ludzie o wiele chętniej dają artystom szacunek niż pieniądze, tragedii część druga na tym, że bez pieniędzy jest niesłychanie trudno na dłuższy dystans utrzymać szacunek dla samego siebie”.

Do tego rysował. Ale podobno fatalnie. I grał w ping-ponga.

Zmarł w 1998 roku. Został pochowany w Alei Zasłużonych na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. W jednym z listów pisanych pod koniec życia umieścił takie słowa: „Jestem coraz bliższy myśli, że życie nie jest warte całej tej walki. W śmierci jest spokój, największy spokój i wspaniała melodia, która płynie jak wielkie fale, i myślę... ale nie wiem na pewno”.

Napisał 45 własnych utworów, 28 sztuk i scenariuszy, 81 przetłumaczył z angielskiego na polski, 52 jego utwory przełożono na języki obce. Jego nazwisko widnieje na blisko 10 milionach egzemplarzy różnych książek.
 

Źródło:

Tomasz Bielak, Proza Macieja Słomczyńskiego (Joe Alexa), Katowice 2008.
Małgorzata Słomczyńska-Pierzchalska, Nie mogłem być inny. Zagadka Macieja Słomczyńskiego, Kraków 2003.

Metryczka:

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,2 (głosów: 1465)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Powiązane lokalizacje

Galeria

Maciej Słomczyński (Errata do biografii)

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter