Mapa Kultury - O matczynej miłości silniejszej niż śmierć, czyli legenda o Bladej Pani z bobolickiego zamczyska

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

O matczynej miłości silniejszej niż śmierć, czyli legenda o Bladej Pani z bobolickiego zamczyska

Autor wpisu: szkieletek
Data publikacji: 01.03.2014
Okres historyczny: 1800-1914

Położone wśród malowniczych ostańców Wyżyny Krakowsko – Częstochowskiej dwa  zamki – w Mirowie oraz w Bobolicach - owiane są dobrze znaną legendą, opowiadającą o łączącym rezydencje podziemnym korytarzu i uwięzionej w nim pięknej, widmowej brance, o której względy rywalizowali niegdyś dwaj bracia, właściciele warowni. Niewiele osób wie, że w ciemne, bezksiężycowe noce, w okolicach zamku w Bobolicach napotkać można na jeszcze innego ducha, którego historia jest może mniej romantyczna, niemniej jednak potrafi poruszyć do głębi ludzkie serca.

Według ludowego podania, spisanego jeszcze w XIX wieku przez hrabiego Adama Amilkara Kosińskiego, prawdopodobnie w czasach, gdy popadającym z wolna w ruinę bobolickim zamczyskiem rządził hrabia Męciński, w warowni zamieszkała młodziutka, śliczna panienka, która wkrótce, jak możemy się domyśleć niekoniecznie zgodnie ze swą wolą, została wydana za podstarzałego i niezbyt sympatycznego właściciela bobolickich dóbr.


Małżonkowie pasowali do siebie jak przysłowiowy wół do karety, więc nijak nie potrafili znaleźć wspólnego języka. W ich związku panował ogromny chłód. Świeżo upieczona żona wiodła więc wśród starych, kamiennych murów smutny, nieciekawy i wręcz pustelniczy żywot. 


Wkrótce jednak los się do niej uśmiechnął: oto stała się brzemienną i niebawem powiła zdrowo ślicznego synka. Ogromna radość zapanowała na zamku. Podstarzały hrabia wręcz promieniał z dumy, z miłością spoglądał na małżonkę i swą malutką pociechę. Stał się troskliwym, miłym i sympatycznym mężem i ojcem.
Na pamiątkę jednego ze sławetnych przodków rodu oboje z żoną zdecydowali się nadać pierworodnemu synkowi imię Ludwik.

Kobieta ukochała swe dziecię ponad wszystko i odtąd macierzyństwo stało się całą radością i celem jej życia. Stary hrabia z lubością patrzył na krzątającą się po komnatach piękną, młodą kobietę oraz rosnącego jak na drożdżach potomka. Nic dziwnego, że niebawem rodzina szczęśliwie powiększyła się o dwa kolejne dzieciątka, bliźnięta. Zapatrzeni w swe potomstwo małżonkowie miło spędzali czas wśród chłodnych murów, ogrzewała je bowiem rodzinna miłość.

Sielanka nie trwała jednak długo.
Posunięty w latach hrabia zmarł niebawem, pozostawiając po sobie dokładnie spisany testament, w którym zabezpieczył przyszłość ukochanej rodziny. Wszystkie swe dobra powierzył opiece żony; z czasem miały one przypaść dzieciom.
W tekście zaznaczono jednak wyraźnie, iż w razie, gdyby jakieś niewiarygodne nieszczęścia sprawiły, że żadne z dzieci nie doczekałoby wieku dorosłego, całą sukcesję odziedziczyć miała wdowa.

 

Jak to w życiu bywa wieści o młodej kobiecie, mieszkającej w zamku i samotnie wychowującej dzieci, wkrótce rozniosły się po dalszej i bliższej okolicy.
Do bobolickiej warowni zaczęli ściągać w konkury chętni – marzyła im się zarówno fortuna ślicznej matki, jak i jej niebanalna uroda, o której wiele opowiadano.
Jednak wdowa nie chciała słyszeć o powtórnym zamążpójściu. Sukcesywnie i zdecydowanie odtrącała wszystkich potencjalnych kandydatów do jej ręki. Całą swą energią i miłością wspominała zmarłego męża, uwagę i każdą wolną chwilę poświęcając wychowaniu trójki swych dzieci.

Niestety...
Wkrótce troskliwą matkę dotknęło największa tragedia, jaka może przytrafić się człowiekowi: w wyjątkowo mroźną zimę najmłodsze maleństwa, śliczne bliźnięta, zachorowały w wyniku jakiejś przywleczonej do zamku zarazy i pomimo wznoszonych do Boga modłów, podawanych medykamentów i innych heroicznych wysiłków hrabiny niebawem zmarły, pozostawiając nieszczęsną wdowę w szaleństwie rozpaczy.
Z czarnego bezkresu bólu cierpiącą matkę przywołały jednak do świata obejmujące zapłakaną niewiastę cieplutkie i miękkie jak aksamit dłonie najstarszego synka, Ludwika. Kobieta spojrzała w jego pełne miłości i zaufania oczy i zrozumiała, że oto pozostał jej tylko on jeden, jedyny skarb na ziemi.

 

Oddała się odtąd bez reszty opiece nad pierworodnym dzieckiem, w swej obsesyjnej wręcz miłości macierzyńskiej nie spuszczając go ani na moment z oczu i dbając o niego całym sercem. Nadeszła wiosna i szczęście na nowo zagościło w bobolickich murach. Znowu można było tu usłyszeć dźwięczny śmiech kobiecy i jasne, radosne okrzyki dziecięce.

 

Tymczasem zachłanni na bogactwa hrabiego krewni zastawili na bezbronną wdowę po nim obrzydliwą zasadzkę. Zawezwali bowiem w Krakowie sąd, donosząc na nieszczęsną, jakoby to ona osobiście przyczyniła się do niedawnej śmierci bliźniąt. Jakby tego było mało, oskarżyli ją o planowanie zamachu na życie najstarszego synka, Ludwika, w celu zagarnięcia majątku męża. Odpowiednia suma pieniędzy załatwiła sprawę i oto matka, która całe życie poświęciła swemu potomstwu, która ani na chwilę nie splamiła się żadnym grzechem zaniedbania, straciła swe dziecko.
Ludwika, będącego spadkobiercą majątku hrabiego, odebrano jej i umieszczono pod opieką mamki, w Krakowie.

O cierpieniu samotnej matki tak pisał w XIX wieku hrabia Amilkar Kosiński:

Cierpkie, straszne było przecież odtąd jej życie. Zamknąwszy się w swym starożytnym zamku opuścić go ani na krok, ni z nikim nie chciała się widzieć, dni jej upływały we łzach, noce w bezsenności.
Jedyną rozkoszą było przebywanie w izbie zamieszkałej niegdyś przez pierworodnego, bawienie się pozostałemi po nim sprzętami, poglądanie na jego portret.
W innych chwilach przechadzała się po obszernych komnatach gmachu lub stojąc w oknie, piękne, zalane łzami oczy zwracała na drogę ku Krakowowi wiodącą, którą uwieziono jej syna.
Z czasem jednak rozdzielona ze swym najdroższym dzieckiem matka zdradzać zaczęła szczególny dar. Oto potrafiła ona odgadywać, co dzieje się z jej synem, bo widziała go przy nauce, zabawie lub w chorobie. Ale ten właśnie cudowny dar jasnowidzenia stał się przyczyną jej śmierci.
Zobaczyła bowiem rzecz straszną. Jej ukochany Ludwik, pozostawiony przez niedbałego lokaja bez opieki, pewnego dnia utonął w głębokim stawie.
W tejże samej chwili matka jego straciła przytomność, której już nigdy nie odzyskała.
Umęczone serce nie wytrzymało tak strasznego bólu
.”

 
Podobno od tamtego czasu, w ciemne, bezksiężycowe noce dostrzec można niekiedy majaczącą na murach zamkowych niewyraźną postać zwiewnej, bladej kobiety, która przechadza się spokojnym krokiem, jakby płynęła wśród kamiennych ścian, tęsknie spogląda w kierunku grodu Kraka, po czym rozwiewa się bez śladu niczym poranna mgła. Ludzie powiadają jednak, że duch Bladej Pani nie jest straszny. Wręcz przeciwnie...

 

W długie, zimowe wieczory mieszkańcy Mirowa, Bobolic oraz Kotowic opowiadają sobie czasami bardzo interesującą, chociaż mocno niesamowitą historię sprzed niemal dwustu lat. Otóż podobno w roku 1831, gdy na obecnych ziemiach polskich grasowała okropna zaraza cholery, zbierająca przeogromne żniwo śmierci i doprowadzająca do upadku wielu wsi, przysiółków i miasteczek, do Bobolic dotarła obdarta, wynędzniała wieśniaczka w zaawansowanej ciąży, prosząc o nocleg, pomoc i ratunek.


Już na pierwszy rzut oka jej podkrążone oczy i wysuszona jak pergamin skóra zdradzały, że i ją dopadła zaraza. Ludzie bali się choroby jak ognia. Każdemu życie było miłe. Przepędzano więc nieszczęsną od jednego domu do drugiego, jakby była niemal Żydem Wiecznym Tułaczem lub Morową Dziewicą.

W końcu, targana bólami porodowymi, osłabiona i słaniająca się na nogach kobieta upadła u stóp ruin bobolickiego zamku. Cud Boży sprawić musiał, że umęczona powiła zdrowe dziecię. Resztką sił ucałowała je w czoło, oddała pod opieką Niebiosom i zmarła.

Kiedy kilkanaście dni później jeden z parobków zganiał późnym wieczorem krowy z położonych wokół ruin dawnej twierdzy pastwisk, ze zgrozą usłyszał dobiegający spomiędzy zwałowisk kamieni cichy płacz, dziecięce kwilenie.


Zebrał się na odwagę i zajrzał za skalny załom. Znalazł tam rozkładającego się już trupa wieśniaczki i leżące przy nim zdrowiutkie, różowe i zadbane niemowlę.
Gdy wznosił ręce w górę, dziękując aniołom za tak oczywisty cud, zdawało mu się, że na murach zamkowych zamajaczyła przez chwilę blada jak mgła postać kobieca, smutnym wzrokiem spoglądająca na oseska.


Ludzie we wsi przygarnęli dziecko, ale opowiadali odtąd, że to Blada Pani wykarmiła własną piersią maleńkiego synka zmarłej na cholerę nieszczęśliwej biedaczki, ratując mu tym samym życie.

Od tamtego czasu zamek w Bobolicach zmienił się nie do poznania. Nie jest już ruiną, tętni gwarem jako atrakcja turystyczna. Stał się mniej zachęcającym miejscem dla odwiedzin zjaw i duchów. Kto wie jednak, być może któremuś z Was uda się jednak dostrzec kiedyś, nocną porą, majaczący na koronie murów blady obłok przypominający smukłą kobietę, spoglądającą na południowy wschód?
Czasami zdarzają się na świece rzeczy, które nie śniły się filozofom.

 

Konkurs

Źródło: opowieści okolicznych mieszkańców; Bogna Wernichowska, Maciej Kozłowski, Duchy Polskie

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,4 (głosów: 1213)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Galeria

O matczynej miłości silniejszej niż śmierć, czyli legenda o Bladej Pani z bobolickiego zamczyska
O matczynej miłości silniejszej niż śmierć, czyli legenda o Bladej Pani z bobolickiego zamczyska

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter