Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

O duchu Michała Paprockiego z Ciągowic pod Zawierciem

Autor wpisu: szkieletek
Data publikacji: 17.03.2014
Okres historyczny: 20-lecie międzywojenne 1918-1939

Jadąc z Dąbrowy Górniczej – Ząbkowic do Zawiercia, po lewej stronie szosy mijamy ładnie położoną wieś, zwaną Ciągowicami. Już z daleka w oczy rzuca się charakterystyczny kościół oraz zabudowania, malowniczo usadowione na wzniesieniu.
Na krańcu wsi, pod lasem, znajduje się interesujący, chociaż całkowicie już zrujnowany i zachowany w straszliwym stanie dworek. Mieszkała w nim przed wojną rodzina Paprockich. Jeden w z mieszkańców dworu wyjątkowo wyraźnie zapisał się w pamięci starszych Ciągowiczan, dzięki czemu także dziś jego nazwisko przewija się czasem w opowiadaniach.
Zresztą on sam niekiedy osobiście powraca nocami do dawnych włości... jako duch! 

Pan Michał Paprocki był przed wojną dziedzicem ciągowickich dóbr. Znano powszechnie jego ogromne zamiłowanie do polowań i uganiania się po lasach za łowną zwierzyną. Szlachcic był tak zapamiętały w swej pasji, że nie zważał na to, by uszanować niedzielę i święta. Zamiast na mszę, wolał jechać konno do lasu.

Z tego powodu ludzie uważali go za dziwaka i wielkiego grzesznika oraz odnosili się doń nieufnie. Pana Michała osobiście upominał ksiądz proboszcz, rodzona matka błagała go ze łzami w oczach, by poszedł na sumę i do spowiedzi, gdyż grzechy ciążą na nim śmiertelne – na nic się te wszystkie interwencje jednak zdały. Zapamiętały w łowach Paprocki dalej robił swoje, drwiąc sobie z bogobojnych mieszkańców Ciągowic, a nawet naigrawając z księdza.

Pewnego dnia diabły upomniały się jednak o duszę dziedzica, uznawszy zapewne, że wobec takiego prowadzenia się jak najbardziej im się ona należy. Zdarzyło się zatem, że pan Michał w swych łowach zapędził się aż na zwodnicze ścieżki, wiodące do zagubionej wśród lasów i trzęsawisk (i istniejącej zresztą do dziś) malutkiej osady o nazwie Zazdrość. A była to akurat niedziela, w kościele w najlepsze trwała suma odpustowa.

Paprocki jadąc na białym koniu wąską ścieżyną odważnie wjechał między dymiące bagniska. Niczego sobie nie robił z niebezpieczeństwa, nazbyt był pewny swych umiejętności. Wtem zobaczył przed sobą pędzącego po zdradliwych błotach pięknej urody jelenia, w dodatku – dwunastaka! Nie lada to był gratka, takiej okazji nie można było przepuścić!

Myśliwy bez namysłu spiął swego wiernego rumaka i ruszył za zwierzęciem w pogoń. I chociaż pędził strasznie szybko, chociaż mu głowę i ramiona smagały gałęzie, a błoto pryskało spod końskich kopyt, dystans między nim, a jeleniem nie zdawał się zmniejszać ani o jotę.

Zeźlił się pan Michał okropnie i jeszcze bardziej ponaglił wierzchowca, całkowicie nie zwracając już uwagi na drogę. Ani się obejrzał, a omamiony swą łowiecką żądzą wparował w sam środek bagniska.  Koń zaczął się topić, coraz bardziej zapadając się w błoto.

Wówczas to dopiero przeraził się Paprocki nie na żarty, zapomniał wreszcie o polowaniu i zaczął rozpaczliwie walczyć o własne życie. Bez skutku. Był sam w lesie, nikt nie słyszał jego wołania o pomoc. Krzykom odpowiedział jedynie szyderczy, mrożący krew w żyłach i iście szatański śmiech, dobiegający z miejsca, gdzie przed chwilą zniknął dwunastak.

Szlachcic w panice zaczął modlić się do Boga i prosić o przebaczenie, ale wkrótce usta zalała mu mętna, cuchnąca woda. Szukające punktu uchwytu ramiona nie znalazły oparcia i także znikneły pod powierzchnią błota. Dumny dziedzic utonął sromotnie, pozostawiając po sobie jedynie niewielkie zaklęśnięcie w błocie, na powierzchni którego utrzymywała się szlachecka czapka i kilka marnych bąbelków powietrza.

Po niedługim czasie tknięta złym przeczuciem i zaniepokojona długą nieobecnością syna matka wysłała w las ludzi na poszukiwania. Chociaż starannie przeczesano knieję, dopiero po trzech dniach natrafiono na unoszącą się na bagnisku znajomą czapkę i przyniesiono biednej kobiecie tragiczne wiadomości.

Osamotnionej staruszce nie pozostało nic innego, jak żarliwie się modlić za duszę tragicznie zmarłego syna. A wkrótce okazało się, że modlitw potrzebował on z całą pewnością. Przy leśnej drodze do Zazdrości oraz przy kapliczce na Piaszczanej Górce zaczęło okrutnie straszyć.

Nocami regularnie pojawiały się tam ogniki wodzące ludzi, a czasami pokazywał się widmowy, czarny pies, albo konie płoszyły się z nieznanego powodu tak, że nikt tamtędy w spokoju przejechać nie mógł, zwłaszcza po zapadnięciu zmroku.
Gdy dowiedziała się o tych niepokojących dziwach matka Michała Paprockiego ze zgryzoty wkrótce zachorowała i zmarła. I tym samym zabrakło osoby, która wznosiłaby modły za przeklętą duszę utopionego.

Mijały lata, przewaliła się przez nasz biedny kraj straszliwa wojna światowa, ale ludzie o przeklętym miejscu w lesie nie zapomnieli. Nadal strach im było tamtędy chodzić.
I zdarzyło się pewnego wieczoru, że owianą złą sławą leśną drogą z Ciągowic do Zazdrości wypadło iść pewnemu staruszkowi, doskonale znającemu przedwojenne historie o tym miejscu.

Dziadek maszerował więc przygotowany na ewentualne spotkanie ze "złym": w jednej ręce trzymał różaniec, a w drugiej solidną, drewnianą pałkę z dębiny. Przezorność taka okazała się jak najbardziej uzasadniona. W miejscu, gdzie droga stawała się najwęższa, a bagna najbardziej dymiące, zjawił się bowiem przed wędrowcem czarny pies z gorejącymi czerwienią oczami i zastawił swym cielskiem drogę. Staruszek nie przeląkł się jednak i ciągle odmawiając różaniec zamachnął się i bardzo solidnie zdzielił zjawę swym kosturem po zadzie.

I wtedy pies przemienił się w człowieka, który rzekł nieludzkim, straszliwym głosem tak:
- Ja jestem Michał Paprocki! Dawny dziedzic z Ciągowic! Powiadam ci, tu, w tym bagnie, zakopany jest kufer pieniędzy. Weź sobie ten skarb na własność!
- Ja nie wezmę tych pieniędzy, bo nie chcę ich. Tu jest bagno, utonąć można. Ten cały kufer i opowieść o nim do podszepty złych mocy
– odparł roztropnie dziadek.
Wtem ton głosu zjawy zmienił się. Brzmiał teraz jak zwykła pokorna prośba śmiertelnie zmęczonego czymś człowieka:
- Wybaw mnie! Módl się za mnie! - błagało widmo.
- Pieniędzy twoich nie chcę, ale i bez tego będę się za ciebie modlił – obiecał starzec i wówczas duch zniknął, rozpływając się w powietrzu z westchnieniem ulgi.

Dziadek poszedł dalej bezpiecznie, rozmyślając o dziwnym zdarzeniu. Wkrótce dał w kościele na mszę za świętej pamięci Michała Paprockiego, a i co wieczór modlił się za potępioną duszę zmarłego. O to samo poprosił swoją żonę i wnuki. I chyba musiały te modlitwy zadziałać i wyratować potępioną duszę szlachecką, bo kiedy (rzecz jasna celem weryfikacji doniesień o nawiedzonym miejscu) całkiem niedawno osobiście wybrałam się na spacer owianym legendą leśnym duktem, wiodącym przez bagna z Ciągowic do Zazdrości, niczego niepokojącego nie dostrzegłam, ani też nie odczułam.
Zza zarośli przyglądała mi się ciekawie tylko para sarenek.

Ale może trafiłam nie w porę? Może nadal można na dróżce napotkać zjawę pana Michała? Kto to wie?

 

 

 

KONKURS 

Źródło: Marianna i Dionizjusz Czubalowie, Podania i opowieści z Zagłębia Dąbrowskiego.

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,3 (głosów: 1362)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter