Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

Zależy mi, żeby nie rozpływać się w niedopowiedzeniach – wywiad z muzykiem Kubą Bugałą (część 2)

Data publikacji: 28.01.2015
Okres historyczny: III Rzeczpospolita po 1989 r.

Każdy ma swoje wszechświaty, swoje przestrzenie. Próbujemy między sobą budować mosty komunikacji, na różne sposoby. Chcę do kogoś przejść i idę nieskończoną ścieżką, nigdy nie dochodzę do celu.

 

Paula Haładus: Gdzie w Krakowie lubisz grać? Które koncerty były wyjątkowe

Kuba Bugała: Koncert w Alchemii. Wtedy miałem przyjemność grać z wiolonczelistą Jankiem Pasławskim i wiolonczelistką Justyną Doniec, przyszło sporo osób i to był pierwszy koncert po wydaniu epki. Alchemia jest wspaniała dlatego, bo, po pierwsze jest klimat, po drugie jest tam wspaniały człowiek, który opiekuje się koncertami, Marcin Sojka. Nie dość, że jest człowiekiem z sercem do muzyków, to jeszcze bardzo dobrym nagłośnieniowcem. A drugi koncert to ten w Żaczku, na którym zresztą byłaś. W Żaczku byłem bardzo zestresowany, a tam było tak magicznie i też czuć było niesamowity klimat.
 
 A jak wspominasz koncert dla Trójki w Studiu im. Agnieszki Osieckiej?

 To było po konkursie Škoda Auto Muzyka. Tak, to było niesamowite, magiczne miejsce. Legendarne studio, scena na której występowali fenomenalni artyści - wspaniałe nagłośnienie, fajna widownia, sprzęt i inżynierowie, którzy się tym opiekują. Samo to, że miałem okazję, bo na co dzień jej nie mam, grać w kwartecie z chłopakami (Piotrkiem Madejem, Kubą Miarczyńskim, Krzyśkiem Ropickim) było świetne, moja muzyka inaczej, mocniej zabrzmiała. Też to, że były tam autorytety, takie jak Wojciech Waglewski, Katarzyna Nosowska, Andrzej Smolik, Fisz, Mela Koteluk... Oni wszyscy w pierwszym rzędzie i ja, który mam możliwość zagrania przed nimi – to było super. Naprawdę czułem, że tam muzyka robi wrażenie. Zbierałem bardzo pozytywne sygnały po tym występie. Takie chwile są bezcenne, bo nie ma ich za dużo.
 
 To też był przełomowy moment w twojej karierze muzycznej.

 Tak bym tego nie określił. Bo moje życie nie zmieniło się jakoś szczególnie. Na pewno było fajne dotrzeć z tymi utworami do takich ludzi.
 
 Kolejny sukces – drugie miejsce w konkursie Brand New Awards za teledysk do The Spin. Chciałabym Cię zapytać również o przestrzeń w tym teledysku, albo tej piosenki.

Autorem obrazu jest fotografka i reżyserka Weronika Izdebska, znana też jako Ovors (Other Voices Other Rooms). Weronika jest niesamowicie wrażliwą osobą i cała nasza współpraca była naprawdę magicznym wręcz doświadczeniem. Nagrania Weroniki przypadły na okres kiedy byłem już bardzo mocno chory, coraz gorzej się czułem i cała praca odbywała się zdalnie. Jeśli chodzi o miejsce nagraniowe, to Weronika regularnie wyjeżdża na plenery fotograficzne do Michałowic, w Karkonoszach.

Ale tam się pojawia też morze…

Tak, to dlatego, że ona wyjechała wcześniej ze swoim chłopakiem Danielem do Lanzarote na Wyspy Kanaryjskie i tam nakręcili tę scenę.

Z jakimi ludźmi lubisz współpracować? Wolisz buchających pomysłami, burzę mózgów, ale tym samym rywalizację pomysłów i godzenie się na coś, do czego zostałeś chcąc nie chcąc przekonany, czy chcesz sam mieć nad wszystkim kontrolę?

Lubię współpracę. Jeśli ktoś ma podejście konstruktywne, potrafi zintegrować moje pomysły ze swoimi bez uszczerbku jednych i drugich, to jest to świetna sprawa. Ja nie mam takiej potrzeby, żeby wszystko sygnować swoim nazwiskiem. Dla mnie współpraca z twórczą osobą jest zawsze budująca. Na przykład współpraca z Piotrkiem Madejem (Patrick the Pan), który produkuje moją płytę. Lubię pracować z takimi zorganizowanymi wrażliwcami jak Piotrek, który jest konkretny i garnie się do pracy, ale też potrafi coś przeżyć, nie jest zimny.
Drugą osobą, z którą chciałbym współpracować jest Daniel Spaleniak, chłopak Weroniki, autorki teledysku, i artysta, który nagrał debiutankcją płytę zatytułowaną „Dreamers”. To jest taki człowiek, z którym usiądziesz przy whiskey i możesz rozmawiać całą noc. Człowiek, od którego wyczuwasz, że ma serce do tego, co robi. Dlatego robi to autentycznie.
Jeżeli miałbym wskazać artystów, z którymi chętnie nawiązałbym współpracę to byliby na pewno muzycy grający elektronikę. Nawet myślę o takim artyście z Bytomia. Organiczne elektroniczne bity plus przestrzenie ambientowe bardzo mnie w tym momencie inspirują.

A teraz pracujesz nad płytą ‘Endless Bridges Beetwen Islands’, tak?

Właśnie nie, to prawdopodobnie będzie nazwa kolejnej płyty (po tej najbliższej). Postanowiłem rozdzielić materiał. Ten opowiadający o relacjach, o zakochaniu, o zawodach życiowych chciałbym nagrać w ramach jednego wydawnictwa. A najbliższa płyta nazywać się będzie ‘Post Love’. I to będzie, mówiąc najprościej, zbiór utworów po-miłosnych rozciągających się stylistycznie gdzieś pomiędzy ambientem, folkowymi klimatami a elektroniką.
Mam nadzieję, że to nie będzie przekombinowana płyta i że będzie opowiadać proste historie i proste przeżycia. Nie chcę dorabiać jakiejś ideologii do tych piosenek. Zawsze będzie się można czegoś doszukać jak ktoś się uprze, ale zostawię to raczej słuchaczowi. W założeniu materiał nie ma być skomplikowany, ma raczej stać się kojącą pauzą między tym co robiłem do tej pory, a tym co mam nadzieję zrobić. Moja pierwsza mini-płyta była pełna egzystencjalnego niepokoju, traum. Myślę, że ‘Post Love’ będzie łagodniejsza w odbiorze. Będzie bardziej rozmyta, będzie impresjonistyczną plamą, zlepkiem wyobrażeń, fantazji, imaginacji i prawdziwych doświadczeń. Też mam takie przeświadczenie grając i nagrywając ten materiał, że wytwarzam sobie pewien zestaw narzędzi do pracy nad następnym.

Właściwie to chciałam porozmawiać z Tobą o ‘Endless Bridgess…’, ponieważ ten tytuł wydał mi się bardzo piękny i inspirujący. Skoro to jednak długofalowa perspektywa, to powiedz mi chociaż czym są mosty, a czym wyspy.

Pewnie jedną taką formą interpretacji byłyby ludzkie świadomości. Każdy ma swoje wszechświaty, swoje przestrzenie. Próbujemy między sobą budować mosty komunikacji, na różne sposoby. Generalnie ta płyta będzie o tym, jak to jest gdy nagle i gwałtownie zrywa komunikację ze światem, kiedy dryfujesz po ciemnych wodach i jesteś w sferze, gdzie trudno jest już w ogóle kogoś spotkać. Miałem taki ciężki okres około dwudziestego roku życia. Bardzo długo się z nim zmagałem i to o czym mówię, to są powidoki tego czasu, niemożności zakomunikowania swojego stanu innym. Albo komunikując – brak wiary, że ktoś może to zrozumieć. Albo nawet jeśli zrozumie, to nie ma możliwości spotkania się w tym. I to jest o tym, o oddalaniu się perspektywy. Chcę do kogoś przejść i idę nieskończoną ścieżką, nigdy nie dochodzę do celu.
Spotkanie wydaje mi się związane nieodłącznie z niemożnością unifikacji języka. Nawet jeżeli mówimy tym samym językiem i używamy tych samych słów często ten język ma nieostre znaczenia. Nawet jak mówisz słowo „rozpacz”, słowo „miłość” – takie słowa fundamentalne, jak „nadzieja”, to masz w sobie jakąś bazę, co dla ciebie to znaczy. Nie dość, że u ciebie samo zrozumienie słowa jest często nieostre, to u dwóch osób znaczenie tych słów może się radykalnie różnić. Wiadomo, że takie kwestie były analizowane tysiące razy. Ale ja chciałem coś o tym powiedzieć od siebie, dać temu własny wyraz. To będzie materiał o samotności, szukaniu bliskości, przebijaniu się przez wewnętrzną rozpacz, wewnętrzną mgłę, tam gdzie nie widzisz perspektywy, nie widzisz horyzontu – możliwości spotkania. Bardzo pesymistyczny materiał, dlatego celowo go odsunąłem, bo chcę go dopracować i mocniej przemyśleć.

Z jednej strony mówisz o rzeczach egzystencjalnych, bardzo głębokich, prywatnych, o samotności, braku perspektyw, nihilizmie. Z drugiej strony masz konkretny plan na najbliższy czas: kolejna płyta, następny po niej projekt, który też jest już w trakcie realizacji. Udaje Ci się zachować równowagę. Właściwie to świetnie komunikujesz to, co chcesz powiedzieć…

Dużo o tym myślę i zależy mi żeby ten przekaz był klarowny. No i żeby nie rozpływać się w niedopowiedzeniach (o ile tylko potrafię). I tak słuchacz decyduje czy to ma dla niego wartość, czy nie.

A co ma dla Ciebie większą wartość w komunikacji, muzyka czy tekst?

Nie potrafię powiedzieć, czy tekst czy muzyka, chyba zależy kiedy. Są utwory bardzo emocjonalne ale nie posiadające tekstu, czysto instrumentalne. Są też eksperymenty w muzyce, gdzie język jest „czystą formą”, na przykład Cocteau Twins z Elizabeth Frazer w roli wokalistki i autorki tekstów, która tworzyła zdania w nieistniejącym języku. Ostatnio po cudownym koncercie w ze wspaniałą publiką na Opole Songwriters Festival usłyszałem dwie bardzo wartościowe uwagi. Pewna pani powiedziała, że we współczesnej muzyce melodie są zupełnie jednostajne. Rzeczywiście jakby się wsłuchać na przykład w Beatlesów, którzy dla wielu stanowią kanon komponowania piosenek, to melodie są tam tak świetnie dopracowane, że same wpadają w ucho i nawet bez kontekstu akordów, muzyki w tle, mają one wysoki walor artystyczny. Natomiast melodia mojego utworu ‘The Spin’ – bez kontekstu jest taka sobie, przeciętna.

Jednostajna.

Tak, jednostajna. A druga uwaga, melomana, człowieka który przesłuchał tysiące płyt, odnosiła się do tego, że dobry utwór wybroni się nawet zagrany na gitarze i zaśpiewany. I to mi też dało do myślenia, że wszystkie koncepcje muzyczne są zawsze jakimś ograniczeniem, bo jak powiem, że chcę wybronić utwór na gitarze ze śpiewem, to automatycznie eliminuję tyle ciekawych gatunków muzyki tylko dlatego, że one się nie wybronią bez komputera, elektroniki, czy bez jakichś dodatkowych narzędzi, które je konstytuują.
To też mi się kojarzy z taką wypowiedzią z książki Lema, którą właśnie czytam, „Szpital Przemienienia”. Jedna z postaci w szpitalu psychiatrycznym, poeta, mówi, że pisanie poezji to jest zabijanie, bo trzeba odciąć te wszystkie znaczenia, tę chmurę znaczeń, które się jawią jako szereg możliwości i trzeba wybrać jedną.
Wydaje mi się, że te różne koncepcje na muzykę też są w pewnym sensie jej zabijaniem, bo mówiąc, że utwór jest tylko wtedy dobry kiedy jest melodyczny i do wybronienia tylko przy gitarze, zabija się wszystkie inne opcje. Z jednej strony szanuję taką tradycję - nie potrafię nie doceniać utworów z piękna melodią. Ale też nie potrafię skreślić tych wszystkich innych, które nie mają tej melodii „samej wpadającej w ucho”, ale z jakichś innych powodów mnie głęboko intrygują.

A masz jakąś piosenkę, autora, którego raczej nie słuchasz, muzyki, której generalnie nie lubisz, a jednak ten jeden utwór do Ciebie przemawia?

Muszę powiedzieć, że jest taki utwór. Chyba rok temu zachwyciłem się zespołem, który w swoim środowisku uchodzi za zespół post black metalowy – Kayo Dot. To amerykańska grupa, w której grają świetni muzycy. Utwór, który mnie tak poruszył jest chyba opowieścią o jakimś rytuale przejścia, umieraniu. Jest piękny, ma tak ujmujący klimat, że mnie po prostu położył na łopatki, mimo, że na co dzień nie słucham metalu. Ten utwór jednak wykracza poza konwencję metalową. Nie wiem jak określić co tam jeszcze jest: ambient, alt folk, czy muzyka dawna? Końcowy pasaż jest jakby kantykiem średniowiecznym. Piękna kompozycja, niesamowicie inspirująca, ujmująco rytmiczna i stworzona oszczędnymi środkami.

 

 

Metryczka:

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,3 (głosów: 839)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter