Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

O fryzjerze-instytucji Władysławie Konarskim i o poecie-szamanie Danielu Ratzu

Autor wpisu: Ania Kierkosz
Data publikacji: 30.12.2010

Władysław Konarski był fryzjerem w Gostyninie. Najpierw miał zakład w swoim domu koło apteki, a po jego spłonięciu – naprzeciwko, obok zakładu fotograficznego „Fotoryś”. Zakłady fotograficzny i fryzjerski tworzyły zwieńczenie z dwu stron ozdobnej bramy, prowadzącej niegdyś do getta.

O panu Władysławie powiedzieć fryzjer to strasznie ubogo. Był on instytucją. Od wczesnych godzin rannych dwóch czeladników, jeden uczeń i sam szef uwijało się  jak w ukropie, aby obsłużyć wszystkich klientów. Powiedzenie „jak w ukropie” jest trochę nie na miejscu, gdyż wszyscy pracownicy poruszali się wprawdzie żywo, ale z należną firmie i białym kitlom dystynkcją.

Usługi fryzjerskie to była tylko jedna, ta mniej ciekawa, strona działalności instytucji. Ta druga – o wiele bardziej ważna i barwna – to były rozmowy. Znowu dodać wypada, że nie tylko rozmowy, były to długotrwałe debaty, porady praktyczno-prawne. Ważne były także wszechstronne i fachowo udzielane informacje. U pana Władysława można się było dowiedzieć z absolutną pewnością, jaki chirurg najlepiej zoperuje ślepą kiszkę, jaka woda jest najlepsza na porost włosów, który adwokat wybroni od wszystkiego i za jaką opłatą. Wiedziano tam, jak pracują urzędnicy w urzędach – tutaj to prawie nic nie mówiono, tylko zgodnie i z odpowiednią troską kręcono głowami. Do dobrego tonu należało cotygodniowe komentowanie niedzielnego kazania księdza proboszcza. Dla klientów ze wsi ważne były szczodrze udzielane informacje o cenach suszonych grzybów, parkach prosiąt razem z workiem, żywca i węgla na wolnym rynku. Dla klientów z miasta szczególnie istotne były wiadomości, kto umarł i co wykazała sekcja zwłok. Sprawy sekcji zwłok rozważano ze szczególną powagą i wnikliwością. A wszystko to owiane zapachem wody kolońskiej rozpylanej na głowy i twarze klientów z niklowych rozpylaczy z gumową gruszką-pompką. Już podczas tego opylania delikwenta padało sakramentalne pytanie „czy może skropić?”

A w kaflowym niskim piecyku buzował ogień. A z blaszanego czerwonego czajnika unosił się aromat świeżo zaparzonej herbaty ulung. I wszystkim było dobrze i jasno. Codziennie do pana Władysława przybiegała wnuczka o dziwnym dla mnie wtedy imieniu Malwina. Dopiero później się w nim rozsmakowałem i uważałem za polską wiejską malwę przy bielonej ścianie domu. Wyciągała zza szafy za dużą dla niej szczotkę i usiłowała pomagać gorliwie przy sprzątaniu. A pan Władysław topniał cały z miłości, a ogień wesoło płonął, czajnik obficie wydzielał zapach świeżo zaparzonej herbaty ulung. I było wszystkim dobrze, mądrze i słusznie.

Nie ma już instytucji – pana Władysława. On także jakoś cicho, jak zapach wody kolońskiej, odszedł. Dorosła Malwina mieszka w innym mieście. Dla niej Gostynin to przede wszystkim dziadek, piec kaflowy i blaszany czerwony czajnik ze świeżo parzoną herbatą ulung. I nie wiedzieć czemu oczy jej wilgotnieją, gdy usiłuje o tym mówić, i milknie nagle, i może najważniejsze jest to milczenie.

To fragment książki Przemijanie pejzaży Daniela Ratza: Opowiadanie o fryzjerze-instytucji Władysławie Konarskim z Gostynina, jego wnuczce Malwinie, blaszanym czerwonym czajniku i herbacie ulung. Książki o kulturze, historii i ludziach z okolic Gostynina, wydanej w 2006 roku ramach cyklu Mazowiecka Akademia Książki.

Kultura „ małych ojczyzn” to historia ich mieszkańców – i tych powszechnie znanych, i nieznanych. To pamięć o nich. To pozostałe w pamięci opowieści. Tym razem to opowieść o zwykłych ludziach z Gostynina i z pobliskich miejscowości i wioseczek: Karolewa, Trzcianna czy Duninowa.

Daniel Ratz to człowiek niezwykły. Już samo to, że łączy w swoim życiu zawodowym i prywatnym tak wiele zainteresowań i profesji – intryguje. To jednocześnie rolnik, artysta plastyk, poeta i prozaik. Mieszka po trosze w Płocku, trochę u siebie  w Trzciannie, a trochę w Druskiennikach na Litwie. Za działalność w „Solidarności” przez wiele lat przebywał na przymusowej emigracji w Monachium. Jest laureatem ogólnopolskich i międzynarodowych konkursów literackich. Większość jego utworów poetyckich i prozatorskich znajduje się w pokonkursowych almanachach i tomikach zbiorowych. Ale najbardziej intryguje jego pamięć. To ona niby magiczny wehikuł przenosi nas na Mazowsze z I połowy XX wieku, na Mazowsze z czasów wojen. I poznajemy tamto życie takim dokładnie, jakim było. Nie jakbyśmy oglądali je oczami Daniela Ratza, ale swoimi. Dzięki tej magii czujemy zapachy tamtych pór roku, odczuwamy ciepło i zimno tamtych dni i nocy, emocje tamtych ludzi. A sam Daniel Ratz to nie mag ani czarodziej. To bardziej współczesny mazowiecki szaman, mający moc przenoszenia siebie i swoich czytelników do innych światów. Mocą pamięci, wyobraźni i Słowa.

Mazowsze to wiele nie odkrytych powszechnie skarbów kultury mówionej i pisanej. To wiele „małych ojczyzn” z ich zwyczajną-niezwyczajną lokalną kulturą i historią. To  codzienne i dziwne ciągi zdarzeń, przechowane w pamięci ludzi. To życie takich zwykłych-niezwyczajnych postaci, jak przedwojenny fryzjer-instytucja pan Władysław i jak współczesny rolnik-poeta Daniel Ratz. Obaj tworzyli lub tworzą zwykłą-niezwyczajną kulturę swojej ojczyzny. Pierwszy – blaszanym czerwonym czajniczkiem, herbatą ulung i dobrym Słowem, drugi – Słowem zapisanym.

Źródło:

Ratz Daniel, Przemijanie pejzaży z serii Mazowiecka Akademia Książki, Mazowieckie Centrum Kultury i Sztuki, Warszawa 2006

 

 

 

Metryczka:

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,3 (głosów: 1043)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Powiązane osoby

Powiązane lokalizacje

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter