Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

Nałkowska w Kazimierzu nad Wisłą

Autor wpisu: Marta Konarzewska
Data publikacji: 04.03.2011

W latach trzydziestych w Kazimierzu Dolnym słynny był Hotel Berensa. Uwieczniono go w niejednym dziele artystycznym. Opisali go m.in. Maria Kuncewiczowa w zbiorze Dwa księżyce, Adolf Rudnicki w utworze Lato czy Hanna Mortkowicz-Olczakowa w Światłocieniach. Historii jednego pleneru.

Mieścił się ów hotel u podnóża fary, po prawej stronie. Właścicielką jego była wtedy pani Wolna, siostra Edwarda Berensa, warszawskiego adwokata.
 
W maju 1930 roku przyjechała tu pisarka Zofia Nałkowska. Jednak nie najlepsze zdanie wyraziła o miejscu swojego noclegu.
 
„Marzyłam tutaj o dobrym hotelu z wodą gorącą w ścianie, z białym tezolkiem i dobrym jedzeniem – pisała w dzienniku. – A ten hotel tutaj najlepszy – cóż znowu za buda żałosna z wodą zimną w kuble do mycia i cuchnącym tezolkiem gdzieś na podwórzu”.
 
Mityczny hotelik traci tu niestety na swej literackiej magiczności. Podobnie dzieje się niestety z Kazimierzem. Co do całego pobytu Nałkowska ma mieszane uczucia.
 
„Życie upływa tu pod znakiem faktorów – notuje ze złością. Oblegli nas od razu. (...) Skąd, po co, na jak długo. Mają pensjonaty takie i jeszcze lepsze, i bardzo tanie. Już o zmierzchu, nie chcąc nic słyszeć o zmęczeniu, powlekli nas w górę, obdartą ścieżką ku ruinom. Widok prześliczny na Wisłę, na zieleń, na wodę. Ale ta cudna natura – już naznaczona przez ludzi brudem i ubóstwem, jakże okropnie jest podana!”
 
O zwiedzaniu artystka pisze ze zniechęceniem, widać, że męczyło ją bardziej, niż cieszyło, i było raczej wymuszone. Zachwyt na siłę nie bardzo się udaje. Nałkowska nie próbuje więc mitologizować i umagiczniać. Mieszają się spostrzeżenia natury codziennej, narzekania na zdrowie i turystyczne minizachwyty. Tych ostatnich jest jednak niewiele. Przeważają rozczarowanie i smutna prawda o rzeczywistości, która najpiękniejszą magię potrafi zbrukać.
 
„Wszystkie pensjonaty są nieskanalizowane, ubogie, żałosne, ale niektóre położone ślicznie. Bez parasola, bez płaszcza wlokłyśmy się [z matką] obślizgłymi, gliniastymi wąwozami w deszczu ulewnym, widziałam domek Kuncewiczów w sadzie i znów stamtąd w deszczu i ślizgocie zmiatałyśmy do domu uroczym wąwozem. Po obiedzie, gdy się przejaśniło, przechadzka nad Wisłą wśród cudnych widoków, później znów Żydzi i pensjonaty. (...) Chciałam tu pobyć i odpocząć, jest tu tak pięknie – ale ta piękność jest dla mnie nieżyczliwa, zbyt mokra, gliniasta, niemożliwa w niepogodę, niezdrowa. Stare kamienice w rynku – cóż za urok! – zagłuszone tandetą dnia dzisiejszego, ohydą drewnianych ruder. Stare kościoły. Wisła granatowa, mleczna, rozległa, objęta daleko zielenią wybrzeży. Tak – ale z moimi sprawami pogrypowymi nie mogę tutaj zostać”.
 
Zofia Nałkowska zdołała wtedy spędzić w „magicznym” Kazimierzu zaledwie dwa majowe dni.

Źródło:

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1930–1939, opracowanie, wstęp i komentarz Hanna Kirchner, Warszawa 1988.

Metryczka:

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,3 (głosów: 1182)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Powiązane osoby

Powiązane lokalizacje

Powiązane tagi

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter