Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

Głosy zaklęte w murach

Autor wpisu: Dagmara Oleksy
Data publikacji: 10.03.2011

Wyjeżdżając z Grudziądza na zachód, przekraczamy Wisłę i w oddali, nieco po lewej stronie (na godzinie 11, jak powiedzieliby żołnierze okolicznych jednostek), na skarpie stanowiącej brzeg dawnego koryta Wisły, dostrzegamy duży żółty budynek, odznaczający się dość wyraźnie na tle zieleni okolicznych pól i lasów. Dojeżdżamy do skrzyżowania z drogą nr 1, skręcamy w lewo i po kilkuset metrach ten sam budynek ukazuje się nam w całej okazałości.

 

Teraz dopiero widać jego ogromną bryłę. Trochę przypomina pałac, trochę szkołę, równie dobrze mógłby to być też klasztor albo szpital. W rzeczywistości miejsce to w swej kilkudziesięcioletniej historii było i klasztorem ze szkołą, i więzieniem, później szpitalem i znów klasztorem. Jesteśmy w Górnej Grupie.
 
Misjonarze werbiści, bo oni są właścicielami tego obiektu, od początku swojej działalności na ziemiach polskich poszukiwali miejsca na założenie wspólnoty na Pomorzu. W czerwcu 1923 roku zakupili ziemię w wiosce Górna Grupa niedaleko Grudziądza, a wraz z nią – trzypiętrowy pałacyk należący do siostry Ottona von Bismarcka, premiera Prus i kanclerza Rzeszy.
 
W miesiąc później zawitali tutaj pierwsi zakonnicy. Niestety, w noc przed oficjalnym przejęciem majątku ktoś podpalił budynki i mimo że nie ustalono sprawców, we wsi panowało powszechne przekonanie, iż była to, jak się wyrażano, „zemsta pruska”. Misjonarze nie zrazili się jednak. Zamieszkali w baraku, kaplicę urządzili w garażu i natychmiast zabrali się do budowy nowego domu. Praca szła błyskawicznie – już w październiku 1924 roku oddano do użytku część domu i otwarto cztery klasy gimnazjum oraz nowicjat (pierwszy rok formacji) dla braci zakonnych. Budowa nie zwalniała tempa. W 1926 roku otwarto kolejną część domu, który stał się siedzibą władz Prowincji Polskiej Werbistów. W 1930 roku misjonarze zaczęli budowę własnej drukarni, która funkcjonuje do dziś. W ciągu pierwszych kilkunastu lat działalności domu z Górnej Grupy na misje wyjechało 12 ojców i 25 braci zakonnych.
 
Wszystko skończyło się raptownie i dramatycznie wraz z wybuchem wojny. Hitlerowcy zamknęli klasztor. Braci zakonnych, których wówczas mieszkało tam 60, najpierw internowano, a następnie odesłano do domów rodzinnych. Sam dom przekształcono na miejsce internowania zakonników i kleru z okolicznych diecezji. Już jesienią 1939 roku okupanci skierowali do Górnej Grupy 95 kapłanów. 17 z nich rozstrzelano później w okolicznych lasach, 35 zginęło w obozach koncentracyjnych. Hitlerowcy, obok więzienia, w którym przetrzymywano polską inteligencję z Pomorza, otwarli tu też sztab i strzelnicę.
 
Tuż po wyzwoleniu tych ziem w 1945 roku werbiści znów pojawili się w klasztorze. Od razu przystąpili do reaktywacji domu i już w 1946 roku 49 uczniów rozpoczęło nowy rok szkolny. Pierwsze poważne represje ze strony władz komunistycznych rozpoczęły się w 1950 roku, kiedy zakonnikom odebrano ziemię. W lipcu 1952 roku ostatecznie pozbawiono werbistów domu, zamknięto szkołę (pod zarzutem jej nielegalnej działalności) i naprędce otwarto tu oddział szpitala psychiatrycznego ze Świecia. Zakonnicy nie wyprowadzili się zupełnie, jednakże odtąd przez kolejnych 30 lat mieszkali w suterenie, w kilku pokojach, a służyli w lokalnej parafii.
 
Ze szpitalem psychiatrycznym w Górnej Grupie wiąże się chyba najtragiczniejsza karta historii domu. Tutaj bowiem w nocy z 31 października na 1 listopada 1980 roku wybuchł pożar, w czasie którego zginęło 55 pacjentów, a 26 zostało ciężko poparzonych. Bezpośrednią przyczyną pożaru miała być nieszczelność przewodów kominowych. Wielu z pacjentów było na stałe przywiązanych do łóżek, drzwi nie miały klamek, a i okna jakiś czas wcześniej zostały zabite gwoździami. Podobno akcję ratowniczą prowadzono chaotycznie i nieudolnie, część strażaków była po prostu pijana. Komunistyczne władze nie chciały dopuścić do rozprzestrzeniania się wiadomości o liczbie ofiar, dlatego w oficjalnym komunikacie podawano jedynie, że „w wyniku ofiarnej pracy ludzi i sprawnie zorganizowanej akcji ratowniczej” zdołano uratować 266 osób.
Świadkowie mówią, że kiedy płomienie przygasły i weszli do jednej z sal, znaleźli tam 26 zwęglonych ciał. Część pacjentów, leżących niedaleko drzwi, próbowała uciekać. Niektórzy nie zdołali wstać z łóżek, choć metalowe ramy powyginały się od gorąca. Niepotwierdzone pogłoski mówią też o tym, że część chorych, którzy zdołali się wydostać z budynku, mogła zamarznąć w okolicznym parku na siarczystym mrozie, jaki panował w noc tragedii.
 
Po pożarze szpital zamknięto. Budynek niszczał. Werbiści starali się o jego odzyskanie, ale nie było to takie proste. Udało się to dopiero w 1989 roku na mocy ustawy o stosunku państwa do Kościoła. Historia zatoczyła kolejne koło. Zakonnicy po raz trzeci wprowadzili się do własnego domu w 1990 roku. Podobno, jak twierdzą ci, którzy mieszkali w domu zaraz po jego odzyskaniu, na ciemnych korytarzach i w niektórych pokojach nieraz można było doświadczyć czyjejś obecności, uginały się łóżka śpiących, słyszano dziwne dźwięki. Misjonarze utrzymują, że to niespokojne dusze chorych, którzy stracili życie w płomieniach. Dlatego też kilkakrotnie odprawiano tutaj msze święte za zmarłych pacjentów.
 
Najnowsza historia domu jest już ściśle związana z werbistami. Tutaj przez kilka lat mieścił się postulat dla kandydatów na misjonarzy, a obecnie dom przystosowano na potrzeby starszych i chorych kapłanów i braci, którzy zostali otoczeni profesjonalną opieką. W piwnicach domu znajduje się ponadto Muzeum Misyjno-Etnograficzne z setkami eksponatów z krajów misyjnych.
 
W klasztorze w Górnej Grupie czas biegnie naprzód. Obecni mieszkańcy domu, którzy jako misjonarze widzieli i przeżyli już niejedno, są świadomi, że wichry historii niejednokrotnie chłostały te mury. A jednak mimo wszystko zachowują pogodę ducha i zaraźliwą wręcz otwartość na świat, traktując każdy nowy dzień jak posłańca Boga, którego trzeba przyjąć z należytym szacunkiem.
 

Dziś, gdy przyłożysz ucho do ściany klasztornego korytarza, być może nic nie usłyszysz. A być może, znając historię tego miejsca, usłyszysz nagle stukot młotków murarskich, chóralne modlitwy zakonników, wesołe głosy gimnazjalistów, przekleństwa i wyzwiska esesmanów, nieartykułowane dźwięki pacjentów, krzyki bólu palących się żywcem ludzi... A potem dźwięki kolejnej odbudowy, znów modlitwy i śpiewy zakonników... Bo życie toczy się dalej. I tylko od naszej pamięci zależy, co z historii takich miejsc jak dom w Górnej Grupie ocalimy.

 

Metryczka:

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,3 (głosów: 1506)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Powiązane lokalizacje

Galeria

Głosy zaklęte w murach
A my nie chcemy uciekać stąd

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter